loading

Wyszukiwarka: Przewodników, Instruktorów, Pilotów wycieczek

(np: Warszawa, Karkonosze, Tatry)

Ostatnio zarejestrowali się:

Krzysztof JaxaKwiatkowski
Małgorzata Kozłowska-Lelito
Andrzej Całko
Jarosław Kryński
1323 km przygody na stopa w 16 dni po Północnej Norwegii z Tromso do Trondheim. Dwóch dwudziestolatków z dwoma dwudziestotrzy kilogramowymi plecakami wypchanymi jedzeniem. Jeden namiot, dwie karimaty, dwa śpiwory. Mapa. Tyle wystarczy do pełni szczęścia.

Rok temu w lipcu uczestniczyłem w wycieczce pewnego touroperatora do Skandynawii. Norwegia, Szwecja i Finlandia, ale głównie z nastawieniem na Norwegię i zdobycie Przylądka Północy. Nordkapp zdobyłem 09.07.11 r. Podczas tej wycieczki zakochałem się w Norwegii, w pięknych fjordach otoczonych zjawiskowymi górami z ośnieżonymi szczytami, w przyrodzie, która stanowi tożsamość Norwegii i z którą utożsamiają się Norwegowie. Postanowiłem że na pewno jeszcze odwiedzę ten zapierający dech w piersiach kraj.

Jak się okazało okazja nadarzyła się już niebawem. W kwietniu tego roku podjęliśmy razem z kolegą Filipem decyzję o tym, aby wyjechać gdzieś wspólnie jak najtańszym kosztem, najlepiej na stopa i pod namiot. Paradoksalnie padło na Norwegię, choć wcale tanim krajem nie jest. Ba! To jeden z najdroższych krajów w Europie, zwłaszcza dla Polaków. Dlaczego więc stał się naszym celem? Przede wszystkim dlatego, że obowiązuje tam prawo "Allemannsretten", które polega na tym żeby ludzie żyli w zgodzie z naturą. Chodzi tu o dbanie o środowisko naturalne, ale także daje możliwość swobodnego korzystania z darów natury. Można więc przemierzać Norwegię nieoznakowanymi szlakami (nie istnieje coś takiego jak "nie wolno deptać trawników") i co najważniejsze można rozbijać namiot "na dziko". Gdziekolwiek się znajdziemy na łonie natury mamy prawo się rozbić, byleby zachować odległość 150 m od zabudowań i nie naruszyć czyjejś prywatności (pola, tereny uprawne), chyba że dostaniemy zgodę  od właściciela. Jeszcze jedna rzecz: w jednym miejscu można biwakować max. 3 dni. Oczywiście wszędzie jesteśmy zobowiązani do szanowania natury, zostawiania po sobie takiego porządku, jaki zastaliśmy.
Drugim powodem dlaczego akurat wybraliśmy Norwegię był fakt, że latają tam z Polski tanie linie. Bilety rezerwowaliśmy już w kwietniu, a podróż planowaliśmy na pierwszą połowę sierpnia, więc było naprawdę tanio. Mniej więcej 1/3 ceny biletu to były bagaże. Nie mogliśmy się ograniczyć tylko do bagażu podręcznego, gdyż musieliśmy zabrać ze sobą nie tylko namiot, śpiwór, karimatę, ciuchy, kurtki itp, ale także tyle jedzenia ile się. Zdawaliśmy sobie sprawę, że na miejscu wcale nie będzie tanio. Chociaż jak się później okazało, można było znaleźć w supermarketach naprawdę tanie produkty spożywcze, nawet jak na Polską kieszeń.

Z dniem ostatnim lipca 2012 mieliśmy wykupiony lot z Poznania do Oslo Sandefjord Torp. Jest to lotnisko położone 120 km na południe od Oslo, na które przylatują tanie lnie lotnicze. Na miejscu mogliśmy wsiąść w "PKS Oslo"(za 170 NOK), do polskiego kierowcy, ale my woleliśmy spróbować złapać stopa. W końcu z takim zamiarem tu przyjechaliśmy! Po kilkunastu minutach udało się. Zatrzymał się Polak, który przyleciał z nami tym samym samolotem i zabrał nas do centrum Oslo.
Następnego dnia w godzinach porannych mieliśmy kolejny lot z Olso Gardermoen do Tromso, więc cały wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu Oslo, a około północy wsiedliśmy w SAS Flybuss (za 80 NOK), który zabrał nas z Oslo bussterminal na lotnisko Gardermoen. Noc spędziliśmy na lotnisku, a następnego dnia w południe byliśmy już w Tromso. Był 01.08.

W Tromso pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było znalezienie sklepu "XXL" coś jak nasz "Go Sport" tylko że na szerszą skalę. Kupiliśmy tam dwa kartusze z gazem o pojemności 240 g każdy (po 60 NOK). Według sprzedawcy jeden miał wystarczyć na 4 godz ciągłego grzania. Faktycznie wystarczyło nam gazu na całe dwa tygodnie, a nie oszczędzaliśmy go ani trochę. Jak się później okazało taki kartusz można spokojnie dostać na każdej stacji benzynowej (o ile akurat nie zabraknie). Palnik kupiliśmy w Polsce (ok 180 zł), mały i lekki, jakieś 200 g. Gazu nie mogliśmy przewieźć samolotem ze względów bezpieczeństwa.

Wybór był trafny. Nie dość że mogliśmy sobie zrobić gorąca herbatę, to używaliśmy kuchenki do gotowania makaronu, czy po prostu wrzątku do jedzenia instant. A mieliśmy tego sporo, m.inn: mleczny ryż, kiśle, kasza manna, budyń, spaghetti knor, ziemniaki puree z cebulką (oczywiście sam proszek, opakowanie zajmowało zdecydowanie za dużo miejsca), makaron instant, kuskus, sosy instant. Ponadto zabraliśmy kilka opakowań kabanosów, suszone mięso "beef jerky" własnej produkcji, czekolady, rodzynki, suszoną żurawinę, morele, wafle ryżowe, pieczywo wasa, chleb itp.
Mimo naszych starań jedzenia i tak nam nie starczyło. W 10 dniu musieliśmy udać się na zakupy. Najlepsze w tym celu są supermarkety: REMA 1000, Rimi, Coop, Kiwi. Można tam znaleźć naprawdę tanie produkty, jak np. chleb za 6-12 Nok, 1 kg makaronu za 8 NOK, sos do makaronu 600 g za 5 NOK, masło 12 Nok, 1 kg musli za 12 NOK, 1 l mleka za 12 NOK, 1 kg marmolady za 15 NOK, parówki 900 g za 18 NOK. Poza tym jak ma się trochę bardziej zasobny budżet można sobie pozwolić na takie rarytasy jak: wędzony łosoś norweski za 130 NOK/kg, krewetki 400 g za 30 NOK, kawior 100 g 13 NOK. Coca-cola 1,5 l 20 NOK, woda 1,5 l 10 Nok, piwo 0,5 l 30 NOK.
Na naszej kuchence dusiliśmy krewetki na maśle z czosnkiem. Gorąco polecam! Po 2 tyg jedzenia prawie wyłącznie węglowodorów była to naprawdę wyśmienita odmiana.

UWAGA! W supermarketach można kupić z alkoholu tylko piwo, tudzież wódkę/wiskhy ale o pojemności 40 ml. Ale można to zrobić tylko do godziny 20.00. Później prawo zabrania sprzedaży alkoholu. Chcąc kupić jakiś mocniejszy trunek, chociażby wino, trzeba udać się do specjalnego sklepu "Alko shop", które są czynne tylko w niektóre dni tygodnia i w wyznaczonych godzinach (wydaje mi się że chyba do 16/17). Oczywiście nie muszę chyba wspominać, że alkohol jest niesamowicie drogi. Czteropak piwa w supermarkecie 100 NOK, a 40 ml wódki 30 NOK.

Wracając do tematu, w Tromso odwiedziliśmy informację turystyczną, gdzie kupiliśmy mapę okolicy w skali 1:50 000 za 150 NOK i wyruszyliśmy w góry. Najpierw złapaliśmy stopa do Tonsvik, skąd zaczynał się oznaczony szlak do pierwszej hytte na naszym szlaku. Hytte są to takie jakby domki/schroniska przygotowane pod turystów, usytuowane najczęściej przy górskich szlakach. Są one z reguły przeznaczone dla kilku-kilkunastu osób. Niektóre są zamknięte na klucz, który trzeba odebrać gdzieś w mieście po uiszczeniu odpowiedniej opłaty, jednak te nasze były zamknięte tylko na zasuwę przed wiatrem i zwierzętami. Można wcześniej nie planować hytte na swoim szlaku, lecz po prostu przyjść i się rozgościć (o ile nikogo nie zastaniemy w środku lub miejsca starczy dla obydwu), napalić w kominku, skorzystać z gazu i zagotować strawę, posiedzieć przy świecach i spędzić noc w łóżku.
Za te wszystkie dogodności należałoby zapłacić. Cennik wywieszony w hytte wyglądał następująco: dorośli 240 NOK, młodzież 120 NOK, chyba że było się członkiem towarzystwa turystycznego w Norwegii, to wtedy dorośli 120 NOK, młodzież 60 NOK. Za dzieci do 13 roku życia była jeszcze niższa stawka, chyba 30 NOK. Zapłacić można było na kilka sposobów: albo w biurze w mieście, albo przelewem na konto przed lub po odwiedzinach w hytte, bądź też po prostu umieścić należność w małej kopercie i wrzucić do skrzynki, która była przymocowana w domku na stałe.
Hytte nie miało prądu. Był wychodek, najczęściej w osobnym "budynku", który spełniał też funkcję magazynku na drewno itp. Nie było też bieżącej wody z kranu. Jednak była "bieżąca" woda z potoku, który znajdował się najczęściej w okolicy domku. Można czerpać krystalicznie czystą wodę, czy też wziąć kąpiel (zaznaczam że woda ma gdzieś 5-6 stopni C), co często czyniliśmy. Raz tylko będąc w hytte w okolicy lodowca Svartisen nie było w okolicy strumienia, dlatego musieliśmy topić śnieg, aby napić się herbaty. Ale śnieg był bardzo, bardzo czysty, także bez obaw. Przez ponad 2 tyg piliśmy wodę ze strumieni, wartkich rzek, z kranów na stacjach benzynowych, gdyż nadaje się ona do picia i nie mieliśmy żadnych problemów zdrowotnych. Tylko raz musieliśmy kupić wodę 1,5 l za 30 NOK, ale to dlatego żeby zyskać butelkę, którą później można by napełniać wodą.

W górach w okolicy Troms spędziliśmy 3 dni. Na szlaku spotkaliśmy w sumie zaledwie dwie 4 osobowe grupki. Czuliśmy się w końcu wolni! Żadnej cywilizacji. Wody do picia pod dostatkiem. Wszędzie rosły grzyby o kapeluszach wielkości rozłożonej dłoni. Mimo zachmurzenia widoki były niesamowite, choć nie byliśmy wcale na dużej wysokości, ok. 600 m n.p.m. Kiedy wychodziło Słońce, a my przedzieraliśmy się przez bagniste łąki porośnięte brzozami karłowatymi, czułem się niczym na planie filmowym Władcy Pierścieni. W pewnym momencie zdecydowaliśmy się zjeść na południe nieoznaczonym szlakiem, żeby dostać się do głównej drogi E8. Mieliśmy oczywiście mapę i kompas. U stóp góry widzieliśmy już miasto i zaczęliśmy się cieszyć. Jak się  jednak okazało nie było wcale tak łatwo. Zbocze porośnięte było bardzo gęstym, niskim lasem brzozowym. Spuszczaliśmy się po nich jak po linach, byle by dostać się na dół. Mniej więcej w połowie drogi okazało się, że jest tam kilkumetrowa pionowa ściana i nie mamy szans zejść. Byliśmy wykończeni schodzeniem i cali mokrzy od rosy i wody z podłoża, ale musieliśmy z powrotem się wspiąć i obejść ścianę z prawej strony. Najpierw jednak musieliśmy pokonać potok o wartkim nurcie, a następnie wielkie rumowisko skał i znowu przez las. W końcu szliśmy płytkim strumieniem, bo las był zbyt gęsty. Niczym w Amazonii! Po 3 godz, o godz 23 dotarliśmy na dół. Nie muszę chyba przypominać że mieliśmy na sobie plecaki o masie 23 kg każdy. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. Nie miałem nawet siły żeby coś zjeść.

Następnego dnia złapaliśmy stopa do Heia. Jest tam atrakcyjnie turystycznie miejsce na postój dla wycieczek. Zaraz przy drodze rozstawione są namioty Saamów (Lapończyków). Można tam kupić pamiątki z Laponii, spróbować zupy z renifera za 25 NOK, zakupić kiełbasę z renifera lub z łosia za 65 NOK. Można płacić także w euro.
Po krótkiej przerwie udaliśmy się dalej. Następnym stopem dotarliśmy do Bjerkvik, a następnie przejechaliśmy 3/4 Lofotów aż do Leknes w autokarze z międzynarodową młodzieżą. Jechali oni na coś w stylu szkolenia na przewodników. Dowiedzieliśmy się, że na Lofotach jest bardzo duże zapotrzebowanie na pilotów/przewodników z językiem niemieckim. Tego dnia zrobiliśmy 445 km i to był zdecydowany rekord podczas tego wyjazdu.

Pogoda nie sprzyjała, było pochmurno, więc postanowiliśmy opuścić Lofoty. Żeby jednak nie cofać się tą samą drogą złapaliśmy stopa do Moskenes. Stamtąd zaś wzięliśmy prom do Bodo za 170 NOK, dzięki czemu zaoszczędziliśmy jakieś 500 km drogi. Na promie poznaliśmy niesamowitą dziewczynę, "Australijkę z Genewy", która bardzo dużo podróżuje po wszystkich kontynentach. Poleciła nam, abyśmy chcąc jechać do Afryki wybrali Kamerun. Hmmm... Może nie w przyszłym roku, ale kiedyś na pewno tam zawitam. (Plan na następne wakacje to Tajlandia, Laos, Kambodża). Tę noc spędziliśmy razem z Australijką grając w kości i pijąc herbatę.

Następnego dnia postanowiliśmy zobaczyć piękne, zachodnie wybrzeże. Dostaliśmy się na drogę nr 17 i jechaliśmy na południe. Wiedzieliśmy że nie będzie tam dużego ruchu i może być ciężko z łapaniem stopa, ale byliśmy kilka dni do przodu, także nie było obawy że się spóźnimy na samolot 16.08. To był dobry wybór. Pogoda dopisała. Było słonecznie, niebo prawie czyste, więc widoki mieliśmy bajeczne. Złapaliśmy 5 stopów i zrobiliśmy w sumie 116 km.
Kolejnego dnia nie było prawie żadnego ruchu. Musieliśmy więc wziąć autobus (jedyny w ciągu dnia), który zawiózł nas do Holand. Była to mała miejscowość turystyczna, skąd można popłynąć łodzią pod jęzor lodowca Svartisen. Jest to drugi co do wielkości lodowiec Norwegii. Jęzor, pod który się dostaliśmy nazywa się Engabreen i jest najniżej na południe położonym jęzorem w Północnej Europie.
Można dojść prawie że pod sam jęzor, co zajmuje ok. 1,5 godz. Nie jest trudno, idzie się płaskich skałach, są łańcuchy. Na sam lodowiec można wejść tylko z przewodnikiem. Taka 4 godzinna impreza kosztuje 800 NOK (+120 NOK łódź w dwie strony). Ma się wtedy zapewniony także sprzęt: liny, uprzęż, raki itp.

My zaś zostawiliśmy jęzor lodowca po naszej prawej stronie i zmierzaliśmy do kolejnej hytte. Mieliśmy przed sobą jakieś 4-5 godz drogi od przystani. Na szczęście dla nas był to najładniejszy dzień od kilku tygodni. Słońce grzało, więc byliśmy ubrani w krótkie spodenki. Kilkaset metrów od lodowca! Kiedy Słońce chowało się na moment za chmury i zawiał wiatr robiło się naprawdę przeraźliwie zimno. Natomiast widoki bajeczne. Czułem się jak w wysokich górach, krajobraz iście alpejski. A byliśmy na wysokości zaledwie 840 m n. p. m. Musieliśmy zatem pokonać ponad 800 m przewyższenia, gdyż przystań znajdowała się na wysokości zaledwie 30 m n.p.m.
Noc spędziliśmy w hytte, podziwiając piękny zachód wśród ośnieżonych szczytów. Musieliśmy roztopić śnieg, gdyż w pobliżu nie było nigdzie strumienia. Lodowiec znajdował się zaledwie kilkadziesiąt metrów od domku. Następnego dnia nie mieliśmy tyle szczęścia. Była mgła, tak że nie widzieliśmy otaczających nas gór, ani lodowca. Dopiero będąc już pod jęzorem mgła opadła. Schodziło się znacznie szybciej, ok. 2,5 godz. Ponownie skorzystaliśmy z łodzi, gdyż innej opcji nie było. Kosztowało nas to 120 NOK.

W ciągu kolejnego dnia przejechaliśmy zaledwie 10 km, 8 km przeszliśmy na pieszo i wzięliśmy obowiązkowy prom (10 min rejs), gdyż nie było mostu i wszystkie samochody musiały z niego skorzystać. Piszę "wszystkie" ale płynęło z nami zaledwie 6 aut. Byliśmy zmuszeni rozbić się w okolicy przystanku autobusowego, aby kolejnego dnia złapać autobus. Tak też zrobiliśmy. Następnie czekał nas kolejny prom, tym razem dłuższy odcinek do pokonania (godzinny rejs) za 50 NOK. Zostało nam 90 km do Mo i Rana, do E6. Wszystkie samochody jakie mogliśmy tam spotkać musiały skorzystać z promu, więc nie było to łatwą sprawą. Na szczęście jedno z ostatnich aut się zatrzymało. Była to Holenderska rodzina, która podwiozła nas aż do Mo i Rana.

Byliśmy już prawie bez pieniędzy. Mieliśmy po 1000 NOK, a zostało nam zaledwie po 50 NOK. Przypomniałem sobie wtedy, jak przed wyjazdem kolega radził mi, żebym zbierał w Norwegii plastikowe butelki i aluminiowe puszki, gdyż jest za nie kaucja. Faktycznie tak było. Za półlitorwe butelki po napojach typu coca-cola, pepsi, mirinda, woda, jakieś soki, za puszki po coli, piwie, energetykach, prawie za wszytko była kaucja "pant 1 Kr". Natomiast za niektóre butelki po wodzie o pojemności 0,7 l, 1,5 l po wodzie, coca-coli, napojach itp była kaucja 2,5 NOK. Śmieci tego typu mogliśmy znaleźć w rowach przy trasie, w koszach na śmieci, szczególnie przy boiskach gdzie pije się dużo energetyków, przy szkołach. Uzbierane butelki/puszki zanosi się do sklepu. W każdym markecie jest automat, do którego wrzuca się owe butelki/puszki, a automat zlicza ilość i wydaje paragon. Z paragonem zaś idzie się do kasy, gdzie otrzymuje się gotówkę lub po prostu płaci za zakupy. Warto również nadmienić, że ceny w Norwegii wyglądają np tak: 20,40 NOK lub 5,60 NOK. Jest tam system zaokrąglania kwot sumy na paragonie. Tak więc w pierwszym wypadku zapłacimy 20 NOK, a w drugim - 6 NOK. Ta sama zasada obowiązuje przy sprzedawaniu butelek, dlatego dobrze jest wrzucić zawsze jedną butelkę 1,5 l za 2,5 NOK. Wtedy suma zaokrągli się do pełnej korony w górę.
W sumie zarobiliśmy 520 NOK.

Przez ostatnie 5 dni mieliśmy ciągle słoneczną pogodę. Spędziliśmy więc ten czas bardziej wypoczynkowo, rekreacyjnie. Rozbiliśmy namiot na plaży w Mo i Rana, odwiedziliśmy Mosjen. W Namsskogan trafiliśmy nad wyjątkowo urocze miejsce nad rzeką, gdzie spędziliśmy dwa dni zrywając jagody i ciesząc się naturą. W Levanger odpoczywaliśmy na skwerze, zajadając się kupionymi krewetkami. Żyć nie umierać! W Asen kierowca podwiózł nas jakieś 2 km od drogi nad piękne jezioro, gdzie było coś w rodzaju miejsca plażowania dla lokalnych Norwegów. Ostatnią noc spędziliśmy na lotnisku Trondheim, a dokładnie w Vaernes (ok. 40 km na północ od Trondheim).

Muszę jeszcze wspomnieć parę słów o Norwegach, gdyż z mojej obserwacji wynika, że jest to bardzo życzliwy naród. Kiedy zbliżamy się do przejścia dla pieszych, samochody już z daleka się zatrzymują żeby przepuścić pieszego. Rano łapiemy stopa na przystanku autobusowym, a tu ni stąd, ni z owąd przychodzi Norweg z dwoma kubkami, termosem i częstuje nas kawą. Chwilę później podchodzi inny Norweg i proponuje nam podwózkę. Jako że był upalny dzień kupił nam po coca-coli. W innym miejscu, na stacji benzynowej zakładam plecak, a pod nogami leży mapa. Wtem podchodzi jakaś kobieta, schyla się i podaje mi mapę. Generalnie ludzie, z którymi mieliśmy do czynienia byli naprawdę mili. Także łapiąc stopa nie mieliśmy żadnych przykrych doświadczeń. No może poza tym, że pewnego dnia przy głównej drodze nie mogliśmy nic złapać przez prawie 3 godz! Ale za to jak już złapaliśmy pokonywaliśmy zazwyczaj długie dystanse, ok. 100 km. Najczęściej trzeba było czekać jakieś kilkanaście minut, ale zawsze coś się w końcu zatrzymało. Przy tak niskim natężeniu ruchu wydaje mi się, że były to bardzo dobre wskaźniki.

Łącznie przejechaliśmy na stopa 1323 km. Kilka km przeszliśmy na piechotę. 4 razy musieliśmy wziąć autobus, także 4 razy przeprawialiśmy się promem. A ja 3 razy leciałem samolotem. (Poznań-Oslo Sandefjord Torp; Oslo Gardermoen-Tromso; Trondheim-Gdańsk). Udało mi się zamknąć mój budżet na dość zadowalającym poziomie jak na tak drogi kraj i tak wiele wrażeń, których doznaliśmy.

Koszt: 1500 zł w tym 700 zł przeloty. + ubezpieczenie EURO 26

Bardzo gorąco polecam wszystkim odwiedzenie tego zachwycającego kraju. Nie trzeba mieć bardzo zasobnego portfela, aby nacieszyć się widokami wspaniałych gór, fjordów, jezior, lasów, nieskazitelnej natury. Trzeba tylko wiedzieć jak to zrobić. Polecam :)

Kamil Pichlak

NORD NORGE